Niezależna Manufaktura Taneczna


Idź do treści

wywiad

o nas


[Teatr Kalambur. Klatka schodowa prowadząca na pierwsze piętro. Tam scena i kilka pomieszczeń, w których dziewczyny z Niezależnej Manufaktury Tanecznej przygotowują się do spektaklu. Dziś ‘Urania: żywot Coco Chanel’ z cyklu: Żywoty Muz. Widzowie, którzy za dwie godziny przyjdą na spektakl, zostaną oczarowani tańcem, szykownymi kreacjami, dźwiękiem. Dopiero za dwie godziny. Ale dziewczyny zaczynają czarować wcześniej.]

KIECKI
[Garderoba. Na przeciwległych ścianach wiszą wielkie lustra. Trochę stare, pewnie dlatego lekko zniekształcają odbicie. Po jednej stronie przedwojenna kanapa i fotele, po drugiej długa toaletka zasypana puderniczkami, szminkami, perukami, torebkami. Panuje nieład .Wszędzie pełno ubrań. Starannie wyprasowane na wieszakach, zmiętolone w torbach, pospiesznie zdjęte, zarzucone na krzesłach.]

Stroje sceniczne projektujemy same. Mamy jakieś tam wizje, które usilnie próbujemy wizualizować najpierw na rysunkach, potem już na manekinach, by ostatecznie móc stanąć w nich przed lustrem. Wprowadzanie zmian do projektów zaczyna się kiedy idziemy na zakupy. Kupujemy w lumpeksach, one oferują szeroki wybór. Potem kroimy, rozrywamy, owijamy się kawałkami materiału spinając go szpilkami, udając krawcowe, robiąc przymiarki. Przerabiamy lumpeksy na stroje sceniczne.

Tak, jesteśmy same sobie garderobianymi. Czasami przynosimy coś ze strychu, ostatnio kreacje sylwestrowe, w których hulały nasze mamy na imprezach sylwestrowych jeszcze w latach 80, 90. W spektaklu o Coco Chanel po prostu musiały znaleźć się takie kreacje - wyraziste, przekoloryzowane, takie których dziś chyba nikt by nie założył. One były idealne dla tego spektaklu.
Garderobiane wpadki? Zdarzają się, bywa, że na kilka minut przed spektaklem, lub już w trakcie, pęka jakiś szew w sukience. Na szczęście chyba nikt tego nie zauważa. Zresztą zdarza się to rzadko. Częściej zdarza się bieganie w majtkach po zapleczu i poszukiwanie sukienki, w której za 3 minuty trzeba być na scenie. Ale tego nikt nie widzi. [Ja widziałam.]
To są moje pomysły, ale oprócz tego, że ja narzucam pewną choreografię, kroki, to jest też dużo pracy zespołowej i improwizacji. Każda coś z siebie daje do spektaklu. Pomysł na spektakl Dziewięciu Muz zrodził się we Francji. Wszędzie były znaki. Ulica Bulwar de Beauvoir. Spacer po cmentarzu, gdzie jest pochowana Edith Piaf. Kawiarnia Flores, gdzie Simone de Beauvoir lubiła przesiadywać. ‘Lu Grasse', gdzie Coco Chanel stworzyła swoje perfumy i Edith Piaf zmarła. Potem Nicea, gdzie zginęła Isadora Duncan. Wszędzie symbole i znaki, które inspirują. W tym samym czasie, kiedy pracowałyśmy nad spektaklem o Edith Piaf, wyszedł film biograficzny o Edith; podobnie stało się w przypadku Coco Chanel. Jakieś fluidy krążą.

TEATR OSOBOWOŚCI
To jest tak, że są tu same kobiety. Właściwie nie wiem dlaczego. Wcześniej było paru chłopców. Nie wykończyłyśmy ich. Z różnych względów odeszli. Ale mi się to podoba. Lubię energię kobiet, lubię z kobietami tworzyć. To trochę inna praca niż w mieszanych zespołach. Czy rywalizujemy między sobą? Nie ma tu mężczyzn, więc nie nie ma o kogo. Raczej się wspieramy. To jest praca grupowa. Chora rywalizacja tylko przeszkadza. My sobie raczej z niej żartujemy. Mnie fascynuje teatr osobowości. Tu każdy jest indywidualnością i coś znaczy dla manufaktury. Tu nie ma rywalizacji, bo każdy jest inny i każdy coś innego oferuje. Nie ma tego jak porównać, do czego przyłożyć, bo nie ma wzorca, nie ma ideału, do którego się dąży, bo każdy ten ideał wypracowuje w sobie.
Ja jestem jeszcze w gimnazjum. Ja studiuję. Ja ostatnią sesję mam już dawno za sobą. Mamy tu różne kategorie wiekowe. My tańczymy ze sobą 10 lat. To już 10 lat? Ja dołączyłam w tym roku.

TLEN
Czas na przygotowania, próby, spektakle - jest go za mało. Poświęcam kilkanaście , czasami kilkadziesiąt godzin tygodniowo na taniec, to dużo, ale chyba wszędzie, gdzie robi się coś profesjonalnie, trzeba się z tym liczyć. Uczymy się, pracujemy, ale tutaj to jest nasza pasja, robimy to w czasie wolnym.oddechem, życiem. Taniec to jest moje dziecko.

Nawet nie tyle sam taniec, co ten teatr, bo ja nie tylko taniec kocham, ale wszystko, co się wiąże z ruchem, z tworzeniem, choreografią, pracą z ludźmi, aktorstwem, śpiewaniem. Tu wszystkie te elementy są. Kiedyś, w czasie zajęć z dziewczętami w szkole podstawowej, w pewnej zabawie miały napisać czym jest dla nich taniec. Wszystkie chciały tańczyć. I tak co otwierałam kolejną wielokrotnie złożoną karteczkę, to widziałam: ‘taniec to moje życie’, ‘będę tancerką, nie wyobrażam sobie inaczej’. Wydaje się trywialne. Właśnie wydaje się.

PIERWSZE KROKI
Zawsze chciałam, ale nie potrafiłam.
Musiałam coś zrobić z pokładami energii.
Taniec ludowy i koszykówka.
Zaczęło się kiedy miałam 4 lata. Balet.
Taniec miałam w sobie. Na studiach wybierałam taneczne fakultety. Po studiach byłam panią fitness, prowadząc zajęcia, spotkałam Ewę. Potem jakimś trafem pojechałyśmy na te same warsztaty. Spałyśmy tam koło siebie na materacach. Ewa zaproponowała mi przyjście na jej zajęcia. Przyszłam raz. I tak zostałam. To jeszcze nie była manufaktura, po prostu grupa ludzi z ulicy, którzy kochali taniec. Postanowiliśmy zrobić spektakl. Próby w ''Szufladzie'', tam też wystawiliśmy pierwszy spektakl. Po czym grupa się rozpadła. Życie. Zostały dwie osoby, ale już na bardzo długo. Powstała manufaktura

LUSTRZYCA
W spektaklu o Coco Chanel chciałam zrobić superstar [pozuje wstając w lekkim rozkroku, lewą nogę wysuwając do przodu, podnosząc jedną rękę w gorę, drugą opierając na biodrze, lekko je wypinając, broda zadarta do góry, lekko uchylone usta]. Jestem superstar. Ale jeśli gwiazda to to, co pokazują brukowce, to ja nie czuję się gwiazdą. Nawet to określenie nie kojarzy mi się dobrze. Artystka? Chciałabym siebie tak określać i robię wszystko w tym kierunku, aby samą siebie tak postrzegać. Ale tak naprawdę mam z tym problem, cały czas wydaje mi się, że nie potrafię tylu rzeczy, że mogę coś lepiej.To jakaś fobia. Ja mam podobne odczucia, ale to chyba nie o nie chodzi. Tu chyba bardziej chodzi o potrzebę wyrażenia siebie w jakiś sposób. Jest w środku takie cuś, że musi wyleźć w inny sposób niż u przeciętnego obywatela, że nie wystarczy pójść na piwo z ekipą do knajpy, lub posiedzieć przed telewizorem, tylko trzeba coś więcej i to o to chodzi.
Lustrzyca.Parcie na lustro. Choroba tancerzy, którzy w czasie tańca patrzą na swoje odbicie w lustrze. Ale to nie jest tylko moja choroba. Po skończonym układzie trzeba poprawić fryzurę, bluzę. Ola co chwilę zmienia buty, skarpetki, baletki, żeby się wygodnie tańczyło. Czy chcę zrobić karierę? Oczywiście. Nie, wcale nie śnię o deskach słynnych scen nie staję w domu przed wielkim lustrem nakierowując na siebie wszystkie lampy, które posiadam w domu. Ale czasami mam sen w którym robię szpagat.

KLASA
Isadora Duncan. Za dostrzeżenie w tańcu wolnej myśli. Za ignorancję wobec ograniczeń.
Pina Bausch. Za teatr który łączy taniec z inną formą ekspresji, w którym smutek łączy się z radością. Teatr Piny Bausch to dla mnie sztuka na najwyższym poziomie.

MARZĄC NA JAWIE
Wielka hala fabryczna wyposażona w wielką podłogę baletową. W takim miejscu chciałabym mieć swój teatr. Manufaktura nie jest punktem przejściowym do czegoś, jest sama w sobie przejściem, rozwijaniem. Taniec nie musi być zawodem. Ja po prostu chcę to robić.Chciałabym, żeby zmieniło się postrzeganie teatru tańca. Na razie spotykam się często z szeroko otwartymi oczami ludzi, którym mówię o teatrze tańca. Dziwią się i nie wiedzą co to jest. Słyszę jak ludzie ograniczają taniec współczesny do tańca towarzyskiego lub nowoczesnego.

Przychodzą na nasze spektakle różni ludzie. I dorośli, i starsi i młodzież. To niesamowite, że ten przekaz może być tak uniwersalny.

PO OWACJI
Taniec może nas wyróżnia.

Taniec zmienił mnie w środku, rozwinął. Nie traktuję go jako ekskluzywnego hobby, którym mogę się pochwalić przed znajomymi. Podejrzewam, że w jakiś sposób mnie to wyróżnia, ale tak samą przed sobą.Dobrze jest robić coś, co ci sprawia przyjemność. Kiedy to robisz, jesteś szczęśliwszym człowiekiem, pozytywnie nastawionym. Coś robisz, masz tego efekty. Ale jesteś też bardziej samotnym. W pewnym momencie okazuje się, że z większością znajomych nie ma o czym rozmawiać, że to co mnie interesuje jest dla nich obce i niewystarczająco ciekawe, by mogło ich zafrapować, więc to takie poczucie samotności przy tej radości jaką sprawia teatr. Jeśli robi się coś i angażuje się w takim stopniu, jak my tutaj, to skazuje się na izolację, bo nie ma się tyle czasu, by pielęgnować kontakty społeczne. Mam problemy z tłumaczeniem tego co robię, dlaczego tak często. Ludzie nie rozumieją, że niepojawienie się na próbie dezorganizuje cały zespół. To praca grupowa, potrzebujemy wszystkich, by coś zrobić. Robimy to dla przyjemności, ale z taką obowiązkowością jak w pracy zawodowej.

W ŚWIETLE JUPITERÓW
Inaczej widzi się przestrzeń wokół siebie. Nie widać publiczności w takim stopniu w jakim wydaje się, że można widzieć. Widzi się raptem głowy, cienie. Kiedyś upadłam na ścianę, kiedy z jasnego światła zrobiło się zupełnie ciemno. Innym razem ustawiłam się tyłem do publiczności, nic nie widziałam. Taka ciemność czasami dezorientuje, ale przyzwyczajamy się na próbach. Bywa też za ciepło. Ostatnio podczas spektaklu Cymes, śpiewałam w kożuchu i futrzanej czapce, piosenkę o tym, że jest mi zimno. Temperatura jaką odczuwałam wynosiła chyba ok. 30 stopni.
Mamy nieprzyziemną tremę. Zachowujemy się dziwnie. Robimy wariactwa. Nie da się tego opisać.

NIERÓWNOŚCI
Stresuje mnie nierówna podłoga i kiedy zawodzi strona techniczna. Graliśmy zamówiony spektakl, w czasie próby wszystko było idealnie. Natomiast już w czasie spektaklu każda piosenka urywała się w połowie. Nie było innego wyjścia jak improwizowanie. Śpiewałam piosenkę bez podkładu. To straszne uczucie, kiedy stoisz na scenie i nic nie możesz poradzić. Nie możesz zejść, ani zatrzymać tego. Musisz ratować sytuacje. Ten spektakl był wielkim stresem, chyba największą wpadką. Budzi się wtedy wielka złość, bo zawiniło coś innego, coś na co nie masz wpływu. Bywa też zabawnie, na przykład kiedy zacina się płyta i zaczyna się robić dziwne ruchy.

SKARPETKI, BEZSZWOWE MAJTKI I BLIZNY
Skarpetki przed spektaklem nosimy bo jest zimno. A z zimnymi stopami ciężko się tańczy, łatwo o kontuzje. Skarpetki, ciepła bluza noszona do sukni wyszytej cekinami nikogo nie dziwią za kulisami. Dziwią, jeśli zapomina się je ściągnąć i wyjdzie się na scenę w kolorowych skarpetkach, niepasujących do reszty. Kiedyś miałyśmy listę niezbędników. Były na niej: worek, w którym są buty, bielizna - cielista, biała i czarna - w zależności od spektaklu, przybornik do szycia, gumki do włosów, spinki i kalendarz. A i tak każda z nas przynajmniej raz biegała przed spektaklem gorączkowo poszukując spinki do włosów. Najważniejsze, by bielizna była bezszwowa. Taka ze szwami wżyna się w ciało w czasie tańczenia, a to boli. Bolą też stopy. Nie zawsze tańczymy w butach. Tańcząc boso można nabawićę blizn od wielokrotnych ran w tych samych miejscach. Ostatnio miałam zabawną sytuację, koleżanka opowiadała mi, że w końcu zafundowała sobie pedicure, odpowiedziałam jej, że ja to nawet nie idę, bo jak mi skórę zetrą, to obrotu nie zrobię.


[Dochodzi dwudziesta. We foyer zebrała się już grupa widzów. Różni ludzie. Pani Stefa wskazuje drogę nowicjuszom. Podobno czasami lubi kląć, opowiada ciekawe historie i ploty. To ona mówi co, kto, jak i gdzie w Kalamburze. Miła kobieta. Ze sceny dochodzą stłumione głosy dziewczyn, jeszcze w skarpetkach. W końcu zapada cisza. Zaproszenie do środka. Po chwili światła, muzyka, maski, falbany. Dominika robi superstar.]

autorka: Agnieszka Kucharska / 2009r.




NMT | o nas | repertuar | spektakle | spektakle archiwalne | nabór | stowarzyszenie | manifest | dziennik | Mapa witryny


Kontakt: Centrum Inicjatyw Artystycznych, ul. Tęczowa 79/81 Wrocław tel.: (+48) 787-464-123 | nmt@nmt.wroclaw.pl

Powrót do treści | Wróć do menu głównego